Trasy

Góry Cairngorms – Grampiany Wschodnie, Szkocja

Relacja z przejazdu przez Góry Cairngorms. Aviemore – Glenmore – Derry Lodge – Blair Atholl – Gaick Lodge – Feshie Bridge – Glenmore.

Cairngorm (Am Monadh Ruadh) – pasmo w Grampianach Wschodnich, w Szkocji. Jest to największe pasmo w Grampianach, które rozciąga się na 35 km ze wschodu na zachód oraz na 20 km z północy na południe. Średnia wysokość terenu wynosi tu ponad 1000 m. Ponadto pasmo to mieści najwyżej położone źródło rzeki – Dee (źródło znajduje się na wysokości ok. 1200 m) oraz najwyżej położone jezioro na Wyspach Brytyjskich – Loch Avon, które leży na wysokości 726 m. Najwyższym szczytem pasma jest Ben Macdui, który osiąga wysokość 1309 m i jest drugim co do wysokości szczytem Wielkiej Brytanii.

DZIEŃ PIERWSZY

Swoją przygodę zaczynam w miasteczku Aviemore. Jest to „odpowiednik” naszego Zakopanego aczkolwiek bez tej całej zakopiańskiej, marketingowej cepeliady. Miasteczko jest czyste, zadbane, z publicznymi toaletami, barami, restauracjami. Znajdziemy też tam miejsce kempingowe.
Dotarłem tutaj z Londynu pociągiem nocnym Caledonian Sleeper. Jest 8 rano i ruszam.
Pierwsze 3km wiodą po asfalcie aż do miejscowości Coylumbridge. Tutaj wjeżdżam na szutrową ścieżkę pieszo-rowerową Old Logging Way. Bardzo turystyczna trasa, ale świetnie nadająca się do rozgrzewki. Ciągnie się ona – przez 7 km – aż do miejscowości Glenmore nad jeziorem Morlich (Loch Morlich – „Loch” to po szkocku „jezioro”).
Miejscowość ta to baza dla wszystkich, którzy chcą pochodzić lub pojeździć po górach Cairngorms. Znajduje się tu pub połączony z malutkim sklepikiem, pole namiotowe, hostel Cairngorm Lodge Youth Hostel, punkt informacyjny, restauracja i to chyba wszystko.
Tutaj jem śniadanie – bułka z podwójnym bekonem + herbata. Cena £9. No tak, tanio nie jest. Po śniadaniu lekkie przepakowanie bagażu. Orientuję się też, że nie uruchomiłem SPOTa (lokalizator GPS), przez co moja małżonka nie widziała na swoim laptopie gdzie jestem. Zaczyna robić się gorąco – na niebie żadnej chmurki, co wprawia mnie w zdziwienie – jestem przecież w Szkocji! Powinno padać, wiać – wiecie, klimaty z „Wichrowych wzgórz”.

Dobra, ruszam w drogę w kierunku Przełęczy Ryvoan (Ryvoan Pass). Mijam przepiękne Jezioro Zielone (An Lochan Uaine).
Na 15 kilometrze odbijam na południowy wschód. Zaczyna się mozolna wspinaczka drogą, powiedzmy, utwardzoną. Przekraczam pierwsze strumienie spływające z gór. Na razie są płytkie i nie mam z nimi żadnego problemu. Docieram do mostu, a raczej kładki na rzece Nethy. Tutaj znajduje się bardzo fajne miejsce do kampowania. Ale jest o wiele za wcześnie.

Przekraczam kładkę i zaczyna się się klasyczna ścieżka piesza. Uśmiech na ustach – w końcu się zaczyna. Po kilkudziesięciu metrach uśmiech znika z twarzy. Zaczyna być stromo. W dodatku na ścieżce znajdują się co kilkanaście metrów kamienne schodki i coś w rodzaju mikro kanałów odpływowych, które skutecznie utrudniają jazdę. Są za wysokie i szerokie (przynajmniej większość z nich) aby jechać. Wyglądało to tak: kilka metrów podjazdu, zejście z roweru, przerzucenie go nad przeszkodą, wejście na rower i tak non stop. O ile jeszcze z góry dałoby się zjeżdżać – po warunkiem, że masz odpowiednie umiejętności downhillera, fulla i jedziesz bez bagażu. Ja jestem za cienki. Po kilku nieporadnych próbach „przeskoczenia” przeszkód rezygnuję i zaczyna się mozolny wypych. Jeszcze nie wiem, że będę tak pchał rower do godziny 15… następnego dnia. Ale widoki są powalające. Kiedyś myślałem, że Walia jest przepiękna, jednak po krótkim spacerze dochodzę do wniosku, że Szkocja jest piękniejsza.

Ale jak na razie trwa żmudne wspinanie. Mija mnie kilku pieszych, którzy dowiedziawszy się o przebiegu mojej trasy, są pod wrażeniem tego, że wybrałem się rowerem. Troszkę mnie to niepokoi, ale jak na razie morale jest bardzo wysokie i pcham rower uparcie do przodu.
Po 2 godzinach i 15 minutach osiągam szczyt płaskowyżu pokonując w tym czasie 3.5 km. Trzy i pół kilometra w dwie godziny i piętnaście minut. Oczywiście wliczając w to odpoczynki, robienie zdjęć i takie tam. Czasem się nie przejmuję, ten wyjazd z założenia miał być „turystyczny” – żadnej tam jazdy na czas, po prostu relaks, ale mimo wszystko ten odcinek był baaardzo powolny i wymagał sporego wysiłku. No ale nic, myślałem, teraz to już – dosłownie – z górki. Najgorsze za mną, teraz będzie łatwiej. Kurczę, jak bardzo się myliłem.

W tym momencie następuje nagła zmiana pogody. Słońce przykrywają stalowo-szare chmury i zrywa się bardzo silny wiatr. Wiatr oczywiście wieje z kierunku, w którym podążam.
Aby osiągnąć zaplanowane minimum na dzisiejszy dzień muszę pokonać następne 5,5 km.
Będzie tam na mnie czekało miejsce (Fords of Avon refuge), w którym mam nadzieję spędzić noc. Ścieżka robi się coraz bardziej trudniejsza. Pojawiają się coraz większe kamienie, fragmentami biegnie ona po mokradłach. Krok po kroku posuwam się do przodu. No przecież nie zawrócę!
Po następnych dwóch godzinach i piętnastu minutach jestem 1 km od celu. Wieje, jest zimno. Mam nadzieję, że mimo weekendu schron nie będzie zajęty i rozłożę się w osłoniętym od wiatru pomieszczeniu. Jeszcze tylko 150m i już go widzę. A przy nim… 6 osób. No to już wiem, że trzeba będzie robić namiot.
Dojeżdżam na miejsce. Ten schron to nic innego jak coś w rodzaju malutkiej szopy obłożonej kamieniami. Cztery ściany, dach i podłoga z desek. Miejsce na dwie osoby. Już zajęte. Tutaj poznaję trójkę Niemców, Szkota i starszą parę z Yorkshire. Para zajęła już wcześniej schron. Pozostali, w tym ja, dyskutujemy czy rozbijać się tutaj czy iść dalej. Problem w tym, że dookoła tylko kamienie, mokradła i nic więcej. Otwarta przestrzeń, po której hula coraz mocniejszy wiatr. Nikt nie chce rozbijać namiotu, wszyscy boją się, że wiatr w nocy jeszcze bardziej(?!) przybierze na sile i będzie wyrywał namioty. Niemcy decydują się na dalszy marsz w kierunku chatki (bothy) na przełęczy Ryvoan (stamtąd „przyjechałem”). Szkot decyduje się rozłożyć namiot tuż za pobliską rzeką Avon w jakimś zagłębieniu. Ja decyduję się zrobić namiot przy jednej ze ścian schronu. Przynajmniej od jednej strony będę osłonięty. Namiot stawiam w miarę szybko. Nawet pomimo mocnego wiatru. Rozpakowuję graty, zalewam liofa, jeszcze krótka rozmowa z Anglikami i chowam się w namiocie. W nocy budzę się tylko raz. Słyszę padający deszcz. Może trzeba było posłuchać Szkota i rozbić się po drugiej stronie rzeki? Śnieg w ciągu dnia się topił, deszcz pada i pytanie czy rankiem będę w stanie suchą nogą przekroczyć wezbraną rzekę?


DZIEŃ DRUGI

Wstaję około ósmej. Jest rześko. Cholernie rześko. Najważniejsze, że deszcz przestał padać. Wychodzę z namiotu, idę sprawdzić jaki jest stan wody na rzecze. Z ulgą stwierdzam, że nie jest źle. Gdzieniegdzie wystają co większe kamienie. Dam radę się przebić na drugi brzeg. Śniadanie i leniwe składanie obozowiska. Kolejna herbata i rozmowa z parą, która spędziła noc w schronie. Pytam czego się mogę spodziewać za rzeką. Mówią, że będzie ciężko, kilka kilometrów naprawdę trudnego terenu. Super.
Wiatr nadal silny i jest zimno. Dobra, trzeba się ruszyć. Przekraczam rzekę. Jakoś „przeskakuję” z kamienia na kamień ale rower jest zanurzony do połowy trójkąta ramy. Ciekawe czy torba w ramę nie przemoknie. Mijam jeziorko Dubh (Dubh Lochan – w szkockim gaelic lochan to małe jezioro, jeziorko), teren jest podmokły, ale po chwili wchodzę na twardy grunt. I teraz następują najgorsze 3km w moim życiu. Ścieżka miejscami zanika, pełna jest dużych kamieni, które kiedyś tam stoczyły się z góry, którą mam po lewej stronie. Co chwila rower muszę podnosić, czasami na wysokość do prawie pół metra. Koszmar. Niesamowicie pomocna jest małpa od Triglava (rączka zapinana do ramy roweru przy sztycy, ułatwiająca jego podnoszenie). I jeszcze ten przenikliwy, mocny wiatr – kilka razy o mało mnie nie przewraca.

[foogallery id=”1318″]
Te trzy kilometry pokonuję w dwie i pół godziny. Jestem nieźle zmachany a to dopiero południe. Sprawdzam mapę, teraz już będzie znacznie łatwiej. Zaczyna się fajny singletrack, którym w miarę płynnie by się jechało gdyby – znowu – nie te kanaliki odpływowe. Czyli kilkanaście metrów jazdy, zatrzymanie, przeniesienie roweru nad przeszkodą i znowu kilkanaście metrów jazdy.
Po 4 kilometrach docieram do kładki Derry Dam. Wiszą na niej informacje, że most przed samym Derry Lodge jest uszkodzony i aby skorzystać z alternatywnej ścieżki. Ja jednak wiem, że ten niby uszkodzony most został już naprawiony. Jeszcze tylko kilkanaście metrów wypychu i zaczyna się kolejny singletrack (też z przeszkodami), aż do Derry Lodge. Tutaj zatrzymuję się na popas. I zaczynam kalkulować. Przejechałem/przepchałem 11 km w 4.5 godziny. Jest stosunkowo wcześnie ale niecały kilometr od tego miejsca znajduje się Bob Scott Memorial Hut czyli bothy. Bothy to nic innego jak porzucony/opuszczony dom, który został przystosowany jako swego rodzaju schronisko. Jest oczywiście bezpłatne i każdy może tu spędzić noc, a nawet kilka nocy pod warunkiem, że znajdzie się w nim miejsce.


W szkockim bothy jeszcze nie byłem, jadę więc zorientować się jak to wygląda.
Wchodzę do chatki i uderza mnie w twarz milutkie ciepełko. Kominek napalony i już wiem, że zostanę tu na noc.
Tutaj poznaję prawie 67 letniego Garrego. Garry często chodził po lokalnych górkach a na emeryturze postanowił „przesiąść” się na niedrogi rower górski. I tak sobie jeździ od wiosny do jesieni. Nie byłoby w tym nic zdumiewającego gdyby nie to, że ma tylko jedną rękę sprawną. Drugiej praktycznie nie jest w stanie używać. Średnio jestem sobie w stanie wyobrazić jak jest to możliwe więc chętnie mi to demonstruje. Jestem pod wrażeniem. Popołudnie mija leniwie, idę się przejść po lokalnych ścieżkach. Cisza, spokój, brak zasięgu. O to chodziło! Przed zmrokiem pojawia się jeszcze trójka wędrowców. Ogień w kominku buzuje, gadamy o pierdołach, Garry gra na drumli (jaw harp), butelka ze złocistym płynem krąży od reki do ręki, jemy czipsy o smaku octu. Jest fajnie.


DZIEŃ TRZECI

Wstaję ok godziny siódmej. Jem śniadanie i p o w o l i zaczynam się zbierać.
Znowu pokazuje się słońce i zapowiada się przepiękny dzień. Ruszam. Początkowo trasa wiedzie całkiem przyzwoitą drogą szutrową (Szkoci używają nazwy Land Rover Track) przez malowniczą, łagodną dolinę Lui (Glen Lui). Na piątym kilometrze dojeżdżam do asfaltu. Na szczęście to tylko niecały kilometr. I znowu wjeżdżam na Land Rover Track ciągnący się wzdłuż rzeki Dee.

Przez most White Bridge przekraczam rzekę. Mijam ruiny posiadłości Ruigh nan Clach. Przekraczam rzekę Bynack Burn i docieram do ruin Bynack Lodge. Tutaj zaczyna się przejście przez mokradła. Oczywiście znowu muszę zsiąść z roweru i mozolnie przedzierać się przez podmokły teren. Wraz ze wzrostem wysokości pogarsza się pogoda – znowu ten cholerny wiatr!
Mijam pozostałości osady Cnapan an Laoigh i przekraczam strumień/rzeczkę Caochan Dubh Mòr. Teraz jestem na ścieżce ciągnącej się wzdłuż rzeki Allt Garbgh Buidhe. Dosyć trudny technicznie trawers. Po prawej ostro w górę, po lewej ostry spadek na ok. 15 metrów, w dół do koryta rzeki. Ścieżka ma ok 20 cm szerokości, pełno na niej dużych kamieni, załomów i innych tego typu przeszkadzajek. Z bagażem na rowerze nie mam szans (i odwagi) jechać. To typowa ścieżka na lekkiego fulla. W dodatku dla kogoś kto jest bardzo dobry w technicznej jeździe. Czyli kolejne 4 km powolnego i żmudnego pchania.


W końcu docieram do mostu Bedford (Bedford Bridge) położonego przy wodospadach Tarf (Falls of Tarf). Krótki odpoczynek i wjeżdżam ponownie na szutrówkę. W porównaniu do tej ścieżki, którą właśnie przejechałem, to prawdziwa autostrada. Krajobraz robi się bardziej „nizinny”. Malownicze lasy, łąki, co jakiś czas samotny dom. Powoli rozglądam się za jakimś ustronnym miejscem na namiot. Z górki (no prawie), doliną rzeki Tilt, przez ok. 20 kilometrów aż do miasteczka Blair Atholl. Po drodze mija mnie grupka sakwiarzy – jadą zobaczyć wodospady. Od nich dowiaduję się, że w Blair Atholl znajduje się fajny, tani kemping. Chwila zastanowienia i podejmuję decyzję. Fajnie będzie wziąć ciepły prysznic.
Około godziny 18-tej melduję się w recepcji (polska obsługa). Szybko robię namiot, blok prysznicowy i na kolację fish’n’chips. Cywilizacja ma kilka zalet.

 


DZIEŃ CZWARTY

Z Balair Atholl wyruszam stosunkowo późno, ale cóż, jestem na urlopie i nigdzie mi się nie śpieszy. Po deszczowej nocy o poranku pokazało się słoneczko.
O pierwszych 20 kilometrach nie ma co pisać. Ten odcinek to w głównej mierze jakaś stara, z rzadka używana asfaltówka. Mijam kilku sakwiarzy. Jest raczej nudno i monotonnie. Na 21 kilometrze przebijam się na drugą stronę drogi A9. Z powrotem jestem na drodze gruntowej. Zatrzymuję się, na położonej w lesie strzelnicy sportowej na krótki odpoczynek.
Podjeżdżam na ok. 400m, gdzie kończy się linia lasu. Teraz szkockimi „połoninami” prosto na północ. Mijam kilka opuszczonych domostw. Z czego ci ludzie żyli na takim odludziu? Nie są to nawet zbyt dobre tereny do wypasu owiec. Żadnej trawy tylko wrzosowiska i kamienie. Inna sprawa, że musi tu być pięknie wczesną jesienią.


Cały czas, aż do opuszczonej posiadłości Stonphadruig Lodge, poruszam się wzdłuż rzeki Edendon Water. Wzmaga się zimny wiar, jedyny plus to, że tym razem wieje w plecy. Nagle ścieżka znika. Wcześniej biegła ona skarpą nad rzeką, jednak ta jakiś czas temu się osunęła. Postanawiam podążać śladami opon rowerowych – ktoś tędy jechał może wczoraj, może jeszcze dzisiaj. Teraz następuje jeden z najcięższych fragmentów mojej całej podróży. Przez 400m muszę mozolnie przebijać się przez koszmarne trzęsawiska. Oczywiście nie ma mowy o jeździe. Ledwo pcham rower, który często zapada się po same osie kół a nawet głębiej. Kilka razy muszę go dosłownie wydzierać z bagienka. Niezbyt czuję się pewnie, mam wrażenie jakby „grunt” pode mną cały czas się przemieszczał. Kiedy zatrzymuję się na kilkanaście sekund czuję, że powoli nogi zapadają się w czarnej mazi. Nie jest wesoło.
W końcu docieram na twardy grunt i już widzę jezioro Duin (Loch an Duin). Przepiękne miejsce, warto było przedzierać się przez bagnisko. Wzdłuż jeziora, na pewnej wysokości, przez około 2 km, ciągnie się stosunkowo trudna technicznie ścieżka. Znowu więcej pchania. Ten odcinek pokonałem w żółwim tempie – 2 km w ciągu 40 minut.


Przekraczam rzekę zasilającą jezioro i wjeżdżam na drogę kamienisto-gruntową. Jedzie się w miarę komfortowo. Sprawnie połykam kilometr za kilometrem. Zaczynam rozglądać się za miejscem na nocleg – jest już po godzinie 17-ej. Nadciągają stalowo szare chmury, a wiatr robi się coraz chłodniejszy. Pomimo ciągłego pedałowania robi mi się nieprzyjemnie zimno. Mijam kilka iglastych zagajników, które z oddali wyglądały zachęcająco. Ale są one zbyt gęste, a w dodatku położone na podmokłym terenie. Takie malaryczne klimaty. Z uporem jadę dalej – coś musi się w końcu trafić.
Mijam kolejne jeziora: Loch Bhrodain, Lochan a’ Ghaorra, Loch an t-Seilich. W końcu po kilkunastu kilometrach dojeżdżam do jakiegoś opuszczonego domostwa na wzgórzach Sidhean a Choin Guibch. Budynek położony jest o kilka metrów od drogi, ale jego tyły skutecznie mnie zasłaniają i blisko jest do rzeki. Szybko stawiam namiot, ogarniam się i już na spokojnie robię kolację. Nawet ognisko sobie rozpaliłem ponieważ droga wygląda na prawie nieużywaną i nikt nie powinien mnie wypatrzyć.. Kto miałby jeździć po takim zapupiu? Jest prawie 22, a tutaj dopiero zaczyna się szarówka. Wchodzę do śpiwora i szybko zasypiam.

 


DZIEŃ PIĄTY

To już ostatni dzień mojej podróży. Do celu mam ok.40 km po łatwym terenie, w dodatku prawie cały czas z górki. Nie śpieszy mi się. Śniadanie, powolne składanie sprzętu. Pogoda przepiękna – słoneczko i lekki wiaterek. Ostatni rzut oka czy czegoś nie zostawiłem i ruszam. Początkowe dziesięć kilometrów, doliną Tromie (Glen Tromie), po asfalcie. Ruchu nie ma żadnego a widoki jak w naszych Bieszczadach. Mijam kilka opuszczonych farm i domów. Ale widzę też kilka zamieszkanych budynków. Gdzieś tutaj znowu zaczyna się cywilizacja.


W miejscowości Drumguish skręcam w prawo na szutrówkę. Wjeżdżam do Lasu Inshriach (Inshriach Forest). Przejeżdżam wrzosowiska. Po mojej prawej stronie piękne widoki na Góry Cairngorm od strony wschodniej. Na 21 km dojeżdżam do miejscowości Feshibridge. Przekraczam most i wjeżdżam na asfalt. Droga ciągnie się przez lasy. Zaczynają pojawiać się auta. Droga nie jest zbyt szeroka jest za to kręta, mimo to tubylcy przemieszczają się po niej z iście ułańską fantazją. Nie czuję się zbyt pewnie, ale cóż, innej drogi nie ma. Ten odcinek aż do miejscowości Inverduire jest raczej nudny. W Inverduire zatrzymuję się przy pubie i kupuję colę. Można opijać zakończenie trasy. Znowu jestem w miejscu, który był na pierwszych kilometrach mojej podróży. Decyduję się na ponowną jazdę do Glenmore (tam, gdzie w zeszłą sobotę jadłem śniadanie). Zajeżdżam na pole namiotowe. Rozkładam graty. Wietrzę śpiwór i ciuchy. Długi prysznic i idę na obiad do hostelu. Zamawiam burger z sarniny albo jeleniny – jak kto woli. Smakuje jak „zwykły” burger wołowy, szału nie ma. Do zmroku mam mnóstwo czasu idę więc połazić jeszcze po lokalnych górkach.
Pięć dni minęło szybko. Za szybko.

 

Podsumowanie.

Trasa, którą pokonałem, ma około 160 kilometrów. Zajęło mi to jakieś cztery i pół dnia. Dużo? Mało? Nieistotne, byłem na wakacjach, nigdzie mi się nie śpieszyło. Pod względem trudności jest stosunkowo zróżnicowana. Od bardzo łatwych po bardzo wyczerpujące i trudne technicznie odcinki. Oczywiście można ją poprowadzić w troszeczkę inny (łatwiejszy) sposób ale ominiemy wtedy te najpiękniejsze fragmenty z niesamowitymi widokami.
Jak to w Szkocji, problemów z dostępem do wody nie ma. Liczne strumienie, strumyczki, rzeki, które przekraczałem zapewniają wręcz nieograniczony dostęp do wody. Na początku woziłem wodę w 0.7 ml butelce (z wbudowanym filtrem) plus zapas w jednolitrowym worku.
Jednak wożenie zapasu wody nie ma sensu i niepotrzebnie nas obciąża. Spokojnie wystarczy woda w bidonie, którą – mimo wszystko – lepiej filtrować. W każdym momencie można go napełnić.
Zupełnie inaczej wygląda sprawa z żywnością. Na całej trasie jest tylko jedno miejsce – Blair Atholl – w którym można cokolwiek kupić.
Noclegi. Szkocja to kraj – w przeciwieństwie do Anglii i Walii – w którym w prawie dowolnym miejscu można rozłożyć się z namiotem. Nawet w parkach narodowych. Wystarczy wypatrzeć dogodny punk i śmiało można się rozbijać. Nikt o nic nie pyta, nikt nie ma z tym żadnych problemów. Grunt aby zostawić po sobie porządek.
Trasa jest fantastyczna. Do tej pory myślałem, że na Wyspach to Walia jest najwspanialszym regionem do bikepackingu. Jednak Szkocja robi jeszcze większe wrażenie. Polecam każdemu!

Na zakończenie taka ciekawostka zauważona w pubie w Glenmore

Poniżej mapka z trasą przejazdu.

Całkowity dystans: 159.9 km
Maksymalna wysokość: 796 m
Minimalna wysokość: 46 m
Pobierz plik gpx

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *