Trasy

Gravelem przez Góry Orlickie, Bystrzyckie, Stołowe

Relacja z przejazdu z Gorzanowa przez Góry Bystrzyckie, Orlickie, znów Bystrzyckie, Stołowe i u podnóża Gór Sowich z powrotem do Wałbrzycha.

 

W piątek jadę do pracy spakowany. W robocie mam sporo różnorodnych ciuchów i butów mam więc w czym wybierać, aby zestawić garderobę, mogę więc jechać z tobołkami bez torby kurierskiej. Z pracy zmierzam prosto na dworzec główny skąd dojeżdżam pociągiem do Gorzanowa – dalej nie pojadę, ponieważ obowiązuje w tym miejscu komunikacja zastępcza. I bardzo dobrze, czeka mnie miła przejażdżka w Góry Bystrzyckie gdzie w wiacie myśliwskiej usytuowanej pomiędzy Międzylesiem a Lesicą zaplanowałem nocleg.Obserwuję niebo – prognoza zapowiada deszcz w piątkowy wieczór i częściowo w nocy. Kolejne dwa dni mają być pełne słońca. Przejeżdżam malowniczą trasą ciągnąca się wzdłuż Gór Bystrzyckich, mijam Bystrzycę Kłodzką i Długopole, aby ostatecznie na skrzyżowaniu w Różance zadekować się pod wiatą przystanku autobusowego. Deszcz rozpadał się na dobre. Czekam około 40 minut i gdy wydaje się, że deszcz słabnie już po ciemku ruszam dalej. Nad Lesicą łapię żółty szlak pieszy i dociągam do drogi prowadzącej prosto do wiaty. Tu mam niespodziankę. Drogowcy prawdopodobnie będą kłaść asfalt pomiędzy drogą Międzylesie-Lesica a Kamieńczykiem i robią przygotówkę układając równiutko szuterek. Wielka maszyna tarasuje w całości wąską drogę poniżej której wykonano nowe, głębokie rowy melioracyjne. Przechodzę bokiem starając się nie wpaść w zagłębienie. Jestem wreszcie w wiacie. Deszcz znów zaczyna padać. Jest pusto, dzisiaj ogniska myśliwskiego nie będzie w sumie mnie też się nie chce go rozpalać, tym bardziej, że coraz mocniej pada. Jem późną kolację i układam się do snu na dwóch złączonych szerokich ławach. Śpię do samego rana, kiedy to budzi mnie autentycznie powiew słońca.

 

 

Robi się ciepło. Po szybkim śniadaniu przemieszczam się przez ulubione łąki nad Kamieńczykiem do Ceskich Petrovic a stamtąd przez Zemską Brane wjeżdżam w Orlickie. Po drodze mijam Slamę – kolarza usytuowanego przy szosie podobno dla ograniczenia prędkości samochodów. Ja tam swoje wiem i wyznaję pogląd, że Slama po prostu przed laty pokłócił się z żoną, która powiedziała mu “Slama, albo rower, albo ja, wybieraj”. No i Slama wybrał…

 

 

 

 

Za Orlicką Chatą wbijam na czerwony szlak rowerowy, którym jadę w zasadzie aż do Velkej Destny i dalej do skrzyżowania Knížecí a Polomské. Trasa jest bardzo malownicza. Wiedzie w dużej mierze wąskimi, leśnymi asfaltami 6 kategorii, pośród lasów ale także odsłoniętymi grzebietami z których rozciągają się przepiękne widoki. Dwa trudne jak dla gravela, pozbawione asfaltu odcinki ,to etap pomiędzy Hanička a Twierdzą Hanička – jedzie się całkiem fajnie, kamienie są raczej płaskie i osadzone w gruncie a ziemia jeśli nie pada jest raczej ubita, jedynie na skręcie i zaraz po nim pojawiają się większe kamienie, ale nawet na oponach 700x32c można śmiało jechać – ja na 700x38c miałem pełny komfort. Drugi trudny odcinek i tak naprawdę jedyny problematyczny dla gravela, to jakieś 150 metrów do Mezivrší, gdzie droga składa się z luźnych kamorów po których ciężko jest jechać – próbuję jechać bokiem i z tego co pamiętam udaje mi się dotrzeć w ten sposób do szlabanu. Następnie znów toczymy się asfaltem. Po drodze mijamy dwa punkty aprowizacyjne: pierwszy na Pěticestí, gdzie można kupić wodę, colę, herbatę, czekoladę i pamiątki a drugi na Velkej Destne.Należy jednak pamiętać, że jedynie słuszna waluta, to czeskie korony. Po drodze mijamy kilka ocembrowanych źródełek z czystą i smaczną wodą.

 

 

 

Na Velkej Destnie jem liofilizowany obiad i zjeżdżam do Masarykovej chaty – mnóstwo turystów sprawia, że ewakuuję się – nie chcąc tracić niepotrzebnie wysokości – na czerwony szlak pieszy.Szlak okraszony wielkimi kamieniami wtopionymi w ziemię, pomiędzy którymi i po których można śmiało jechać gravelem. Docieram do czerwonego szlaku rowerowego, który w pewnym momencie zmieniam na zielony i przez naprawdę fajne tereny, częściowo podjeżdżając później już jadąc w dół wąziutkim asfaltem, docieram do malowniczej miejscowości Olešnice v Orlických horách w której zatrzymuję się na chwilę, aby poczuć klimat tej typowo czeskiej mieściny ze wspaniałą architektura, nie nadszarpniętą zębem wojny.

 

 

Następnie zjeżdżam asfaltem do Lewina Kłodzkiego gdzie odbijam na niebieski pieszy szlak, którym toczę się do miejscowości Zielone Ludowe, aby tam wbić się na Główny Szlak Sudecki, którym docieram do Dusznik Zdroju.Obydwa wymienione odcinki są niezwykle malownicze. Mijam sporo fajnych miejsc – rozległych łąk, które aż się proszą, aby rozbić na nich obóz.W Dusznikach uzupełniam płyny w Biedronce i jadę na rynek na ciacho, lody i kawę.Jeszcze wizyta w pijalni wód i ruszam asfaltem w stronę Zieleńca w połowie zbaczając w Góry Bystrzyckie.

 

 

Tuż przed zmierzchem odwiedzam torfowiska nad Zieleńcem i wchodzę na drewnianą wieżę widokową. Pierwotnie planowałem na niej nocleg, jednak przypuszczam, że wieża może w nocy przyciągnąć miejscową młodzież spragnioną wrażeń, jadę więc na Polanę Św. Huberta, gdzie ostatecznie rozbijam się na polanie nieopodal domku myśliwskiego. Rozpalam ognisko – iskry tryskają wesoło w górę. Po kolacji kładę się na szerokich ławach jakie stoją na polanie. Nic nie zakłóca nocnej ciszy. Na niebie wirują Perseidy a ja powoli tracę rozeznanie czy jeszcze leżę na ziemi czy już bujam wśród gwiazd – zapadam a raczej wpadam w sen…
Ranek wita mnie słońcem. Rano ruszam szlakiem rowerowym ER-2 do Szczytnej a następnie wpierw asfaltem a później drogami leśnymi, gruntowymi docieram przez Góry Stołowe do schroniska Pasterka.

 

 

Stamtąd zjeżdżam szlakiem rowerowym do Machovského kříža a następnie szlakiem rowerowym próbuję zjechać do czeskiego Bozanova, niestety szlak rowerowy okazuje się zjazdem mtb na którym dobijam oponę i jestem zmuszony, już po przeprowadzeniu roweru przez najgorszy odcinek, wymienić dętkę. Dojeżdżam do Broumova w którym znów delektuję się atmosfera czeskiego miasteczka i jadę w kierunku Przełęczy pod Czarnochem. Tam ku zgorszeniu rodziny tłumaczę małemu chłopcu, który żałuje, że nie może jechać ze mną, że musi jeszcze poczekać kilka lat i będzie robić to co chce.

 

Ostatecznie zjeżdżam do Głuszycy, po drodze wypijam pod sklepem piwko bezalkoholowe i wbijam na PKP Wałbrzych Miasto. Do pociągu jeszcze sporo czasu, więc w lokalnej knajpce pod dworcem zamawiam kawę i po tym jak kelnerce pytającej mnie po 5 minutach co zamawiałem, przypominam o istocie zamówienia, wysłuchuję historii nieszczęśliwej miłości z ust lokalnego zakapiora, którego wylewną opowieść stopuje dopiero pojawienie się kolegów, którzy zostają mi oczywiście przedstawieni.W tym momencie dyskretnie teleportuję się do pociągu.

 

Mapka z trasą przejazdu:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *