Trasy

Jesienny Pradziad

Relacja z jednodniowej wycieczki na Pradziada. Trasa z Kamieńca Ząbkowickiego przez Przełęcz Gierałtowską, Jesenik i powrót przez Zlate Hory do Głuchołaz.

Tradycyjnie już ruszam porannym pociągiem do Kamieńca Ząbkowickiego. Zanim jednak wyjadę, jem na dworcu głównym o 5:00 rano porcję pierogów ruskich. Bilet kupuję w pociągu, jednak konduktorka nie jest w stanie wydać mi reszty z całej stówy. Czekam aż uzbiera drobne, ale na jedną stację przed Kamieńcem sytuacja nie ulega zmianie. Pytam czy może wystawić bilet z przedłużonym terminem płatności, okazuje się, że Koleje Dolnośląskie przewidują taką opcję. Zostaję spisany z dowodu osobistego i na peronie w Kamieńcu Ząbkowickim ląduję z biletem z formą płatności przelew 3 dni. Opłatę uiszczam natychmiast. Jest 6:30 20 październik. Po ciemku ruszam przez Kamieniec, kierując się do Złotego Stoku w którym stwierdzam, że niestety nie zabrałem ze sobą bidonów – tak to jest, gdy się człowiek pakuje o 3:30 nad ranem. W lokalnej Biedronce sprawdzam jakie są możliwości włożenia do koszyka sprzedawanych butelek z wodą i natykam się na wodę z kofeiną Polaris, której butelki idealnie pasują do rowerowych koszyków. Kupuję dwie i tak zaopatrzony kieruję się na Przełęcz Jaworową w stronę Lądka Zdroju. Na podjeździe zaczyna siąpić deszcz. Otula mnie mgła. Liście na drzewach rdzewieją i brązowieją. Aura jest wybitnie jesienna. W drodze z Lądka Zdroju do Stronia Śląskiego poruszam się długim odcinkiem asfaltowej drogi rowerowej. Od samochodów odpoczywam po zjeździe na drogę do Nowego Gierałtowa. Siąpi delikatny deszcz, po lewej stronie szumi Biała Lądecka. Wokół rozpościerają się łąki. Zjeżdżam na krótki, ale stromy podjazd na Przełęcz Gierałtowską – wąski asfalt niesie mnie pośród opadających liści. Na przełęczy Czesi urządzili punkt aprowizacyjny dla zawodników biorących udział w zawodach biegowych w trzech kategoriach z których najdłuższa, to dystans 78 km. Pytam Czechów o kawę, niestety mają jedynie colę, którą zostaję poczęstowany. Przejeżdżam przez totalnie zamgloną Przełęcz Gierałtowską po mokrej trawie i wjeżdżam na kamienistą drogę gruntową przechodzącą w końcu w asfalt 8 kategorii pocięty kilkumetrowymi odcinkami kamienistej ziemi, który kieruje mnie do czeskiej wsi Vojtovice a następnie miasta Žulová. Deszcz raz siąpi, raz przestaje. Sunę przyjemnym, równym asfaltem. Ruch samochodowy jest bardzo nikły. Po drodze mijam pawilon wejściowy do jaskini Na Pomezi – jest to druga ciekawa jaskinia w Rychlebach po Jaskini na Spicaku, tej jednak jeszcze nie odwiedziłem. Nie mam jednak czasu na penetrowanie podziemnych korytarzy. Przez Lipove Lazne dojeżdżam do Jesenika a następnie docieram do Beli pod Pradziadem. Stąd wspinam się na pierwszy podjazd, znak drogowy informuje o 11% nachylenia na odcinku 2 km. Podjazd trzyma kąt nachylenia. Osiągam 930 m n.p.m. wjeżdżając na Videlské sedlo a następnie tracę wysokość zjeżdżając na 750 m n.p.m. do miejscowości Vidly z której wspinam się na 1000 m n.p.m. na Sedlo pod Lyrou. Stamtąd znowu zaliczam zjazd do Karlovej Studánki na jakieś 820 m n.p.m. i stąd podjeżdżam na Sedlo Hvězda 825 m n.p.m. skąd zaczynam podjazd na Pradziada drogą na której ruch samochodowy jest limitowany trybem godzinowym. Jest ciepło ok. +9 st. C.Przestało padać. Pnę się w górę. Przed Ovčárną zaczyna się mgła, która narasta z każdym przejechanym metrem. Tuż przed szczytem dopada mnie zmęczenie. Jeszcze dwa kilometry więcej i na pewno bym się zatrzymał, aby odpocząć. Na szczycie +4 st. C. Koszulka pod kurtką jest mokra a kurtka z wierzchu delikatnie wilgotna. Popełniam błąd, ściągam rękawki i zakładam na mokrą koszulkę z krótkim rękawem koszulkę termiczną a na to wilgotną kurtkę. Robi się bardzo zimno. W restauracji okazuje się, że moja karta płatnicza nie działa – tak już z nią jest, że w Czechach raz jest obsługiwana, raz nie. Koron nie posiadam. Wychodzę z pękającej w szwach restauracji i ogarnia mnie znowu zimno. Postanawiam zjeść batonika, popić musem bananowym z foliowej torebki i zjeżdżać – w przenośni i dosłownie. Kieruję się na Głuchołazy. Jadę przed Vrbno pod Pradedem a następnie przez Zlate Hory podziwiając jesienne krajobrazy. Już rozgrzany i wysuszony przez oddający ciepło organizm szukam w Głuchołazach knajpy w której mogę coś zjeść. Mam 2 godziny do pociągu do Wrocławia z międzylądowaniem w Opolu. Znajduję włoską restaurację zamawiam pizzę i po kolei dwie czarne herbaty. Na stacji benzynowej kupuję jeszcze colę i syntetycznego rogalika z czekoladą. Wsiadam do pociągu i dowiaduję się, że to nie koniec przygód na dzisiaj .Na trasie Głuchołazy – Opole obowiązuje autobusowa komunikacja zastępcza pomiędzy miejscowościami Łambinowice i Szydłów. Konduktor twierdzi, że kierowca autobusu prawdopodobnie nie zabierze mnie z rowerem do pojazdu. Po przyjeździe do Łambinowic nie ma jeszcze autokaru, wykorzystuję więc cenne minuty i ruszam w trasę. Do przejechania mam 15 kilometrów jak się okazuje w grobowych ciemnościach. Próbując nie zgubić trasy na kilku skrzyżowaniach dojeżdżam w końcu do Szydłowa przed autobusem zajeżdżającym po drodze na kilka lokalnych stacji. Dalsza część podróży przebiega w sposób niezakłócony. Już w domu przekonuję się, że manipulując aparatem w rękawiczkach musiałem ustawić jakiś dziwny tryb, bo żadne ze zdjęć nie jest ostre a szumy powalają wielkością. Udaje mi się za to wykorzystać trochę materiału z kamerki i montuję krótki film.

Co wycieczka na Pradziada ma wspólnego z bikepackingiem? Do roweru przypiąłem dwie torby: 2,5 litrową podsiodłówkę w której wiozłem rękawki, dętkę, multitool, łatki, powerbank z kabelkiem i wtyczkę do gniazda w pociągu, dodatkową koszulkę termiczną z długim rękawem; w leniwcu pod rurką wiozłem statyw fotograficzny.To tak tytułem wytłumaczenia 🙂

 

 

 

Filmik z przejazdu:

Mapka z trasą przejazdu:

Całkowity dystans: 152.36 km
Maksymalna wysokość: 1486 m
Minimalna wysokość: 238 m
Pobierz plik gpx

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *